wtorek, 26 lutego 2019

Pęknięcia

Nie daje sobie rady.
Chce krzyczeć, bardzo głośno do ludzi w około. Ale głos staje mi w gardle.
"to ich nie obchodzi"
"nie zrozumieją"
"przecież masz wszystko"
"gdybyś tylko przestała się tak nad sobą użalać"
Takie i wiele podobnych myśli świdruje mi głowę. A ja nie mam dokąd uciec. Czuję się jakbym nie miała wyjścia. Czuję wstyd, bo poprzednim razem mi się nie udało.
Chciałabym krzyczeć żeby inni zauważyli mój ból i strach.
Jak mam podejść do rodziców i powiedzieć "hej, chce się zabić". Moja matkanie nie zrozumie. Powie, że za jej czasów dostawała w ciry i jakoś żyła, że nie mam powodu. Że jestem niewdzięczna, że wyolbrzymiam, dramatyzuje i odstawiam teatrzyk. Nie przytuli mnie, nie powie, że mnie kocha, nie zapyta jak się czuje.
Tata nic nie zrobi. Jest zarobiony. Od rana do wieczora, do późnej nocy pracuje. Jego żona nie ma za grosz zrozumienia. Nic nie zrobi, bo nie będzie wiedział co. Jego samodzielne działania mogą trwać nawet latami.
Po za tym, dla katolika depresja nie istnieje. A ja już nie wiem do kogo mam się zwrócić. Nie umiem ściągnąć maski i powiedzieć co czuję. Nie ma dla mnie miejsca.
Nie umiem jedynie zostawić swojego chłopaka. Boję się, że jego rozpacz by go pogrążyła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz