wtorek, 26 lutego 2019

Pęknięcia

Nie daje sobie rady.
Chce krzyczeć, bardzo głośno do ludzi w około. Ale głos staje mi w gardle.
"to ich nie obchodzi"
"nie zrozumieją"
"przecież masz wszystko"
"gdybyś tylko przestała się tak nad sobą użalać"
Takie i wiele podobnych myśli świdruje mi głowę. A ja nie mam dokąd uciec. Czuję się jakbym nie miała wyjścia. Czuję wstyd, bo poprzednim razem mi się nie udało.
Chciałabym krzyczeć żeby inni zauważyli mój ból i strach.
Jak mam podejść do rodziców i powiedzieć "hej, chce się zabić". Moja matkanie nie zrozumie. Powie, że za jej czasów dostawała w ciry i jakoś żyła, że nie mam powodu. Że jestem niewdzięczna, że wyolbrzymiam, dramatyzuje i odstawiam teatrzyk. Nie przytuli mnie, nie powie, że mnie kocha, nie zapyta jak się czuje.
Tata nic nie zrobi. Jest zarobiony. Od rana do wieczora, do późnej nocy pracuje. Jego żona nie ma za grosz zrozumienia. Nic nie zrobi, bo nie będzie wiedział co. Jego samodzielne działania mogą trwać nawet latami.
Po za tym, dla katolika depresja nie istnieje. A ja już nie wiem do kogo mam się zwrócić. Nie umiem ściągnąć maski i powiedzieć co czuję. Nie ma dla mnie miejsca.
Nie umiem jedynie zostawić swojego chłopaka. Boję się, że jego rozpacz by go pogrążyła.

niedziela, 24 lutego 2019

Gome

Byłam niedawno u ginekologa, mam ostre zapalenie pochwy i zewnętrznych części. Dostałam globulki dopochwowe i maść. Przyznam, że wkładanie ich jest dla mnie ogromnym wyzwaniem. Ale jakoś się udaje.
Pomijając to, pogarsza mi się wzrok, mam skierowanie na maj na ponowne badanie.
Nie radzę sobie. Ze szkołą głównie. Nie odżywiam się dość dobrze, ostatnio co wieczór płaczę.
Ale szkoła jest najgorsza.... Nie wiem już w co ręce włożyć i nie mam siły na to.
Smutek rozkłada mnie na łopatki, niepokój wprawia w panikę, a fuzja tego sprawia, że tracę kontrolę nad sobą. Nie chce żyć, nie chce oddychać, wstrzymuje oddech tak długo dopóki jestem w stanie. Później znowu żyje.
W nocy mam koszmary, w dzień jestem cały czas bez energii, zmęczona, zniechęcona, sceptyczna. Jedynie moje mury sprawiają, że jakoś zachowuje pozory. Gdyby nie mój chłopak, skoczyłabym z wysokiej skały. Szukam wymówki, by się nie zabijać. Powodu by żyć, a dopóki chociaż moje ciało mu się przydaje... Jakoś pociągnę to dalej. Jakoś.... Jeszcze trochę, do kolejnego dnia.

niedziela, 17 lutego 2019

Let me down

Jestem wykończona.
Dzisiaj spotkałam się z moim chłopakiem. Najpierw się pieściliśmy, on doszedł i ja. później oglądaliśmy filmy i zjedliśmy obiad. Znowu pieszczoty, tym razem doszedł tylko on. Ja nie byłam w stanie.
W pewnym sensie jego dojście było dla mnie formalnością. Chciał mnie całować i dotykać, a ja nie chciałam chcieć, więc skupiłam się na jego przyjemności. Chciałam się zatracić. Jedynie w myślach prosiłam, by nie dostrzegł tego bezbrzeżnego smutku na mojej twarzy. W pewnym momencie już na mnie nie zważał, a jego pieszczoty bardziej sprawiały ból, niż przyjemność, co akurat było mi na rękę. Widziałam jak bardzo kocha moje ciało.
Pod koniec rozpłakał się, mówiąc, że w emocjach robi głupie rzeczy i mnie chce, nie zostawi. Pocieszyłam go i to skutecznie. Po raz pierwszy byłam przy nim tak opanowana. Mój smutek był w tyle, a ja byłam łagodna i ciepła. Taka jaką mnie potrzebował. Nie umiem pokazać mu prawdy... nie poradzi sobie z moim smutkiem. To go tylko dobije.
Gdyby ktoś był ciekawy, na walentynki nie dostałam nic, sama zorganizowałam dwa wyjścia dla nas. Tak ma się zaangażowanie. Chociaż dzisiaj dostałam moje dwa ulubione słodkości, kinder bueno i małe czerwone merci. To kochane, że pamiętał, że je lubię.
Kiedy się dystansuje i bardziej gram, to jakoś łatwiej mi znieść te momenty gdy ma mnie gdzieś.
Ale przeraża mnie to, że nie czuję pozytywnych rzeczy. Nie czuję przyjemności z pieszczot, jest z nimi jak z jedzeniem, zaspokajasz potrzebę, bez większego wow, z 'pyk' gdy dojdę. Nie czuję chęci do czegokolwiek, najchętniej bym zniknęła. Wymazała się ze wspomnień i skoczyła z wysokiej skały. Tak, by nikt mnie nie żałował.

niedziela, 10 lutego 2019

Jedynie ciało

Ostatnie tygodnie były dla mnie niesamowicie intensywne. Nie poradziłam sobie celująco, ale powiedzmy, że mam stabilną sytuacje.
Niestety w innych sprawach nie jest tak stabilnie. Całą sobotę, czego nie przespałam to przepłakałam, na tyle intensywnie, że nabawiłam się odwodnienia i rozbolała mnie od tego głowa.
Zaczęło się od momentu , gdy mój chłopak zaproponował na dzisiaj spotkanie (wczoraj nie mogliśmy, bo źle się czuł) zapytał się co bym chciała porobić, "jakiś film albo coś...?", odbiłam piłeczkę, co on by chciał dodając "może i mi coś wpadnie w oko". On wymienił kilka programów, którymi chciałby nauczyć się posługiwać (niestety komputery to dla mnie czarna magia), zagrać w horizona (taka gra, której żadne z nas nie ma), schudnąć, coś napisać jakiś "sakramencki " tekst, zaruchać i i zjeść coś słodkiego.
Nie wiem czy nie zrozumiał kontekstu czy naprawdę tak myśli.... bo z wymienionych pozycji mogę mu jedynie zapewnić seks i coś słodkiego. Bardzo mnie to zraniło. Z chęcią bym się z nim czegoś pouczyła np do szkoły albo z gotowania, zrobiła coś wspólnie, chociażby planszówki. Nie wymienił ani jednej rzeczy oprócz seksu, która by dotyczyła naszej dwójki. A znamy się od dwóch lat, więc raczej dobrze mnie zna.
Cóż, wymienił co by chciał, ale nie byłam na liście.
I niech nikt nie pisze, że powinnam napisać co ja chcę. Nie jestem typem, który forsuje swoje potrzeby. Głównie dlatego, że czuję się winna, jakbym zmusiła tą osobę do tego...
Dużo mówi, że mnie kocha, że mnie chce itd. Ale zupełnie tego nie czuję... Nic nie sprawdza się w jego zachowaniu. Puste słowa. Gorzej jest od pół roku, a dużo gorzej od stycznia. Gdy przyjdzie co do czego to idę w odstawkę.
Na przykład gdy byłam na wyrywaniu zębów, bardzo bałam się tego zabiegu i późniejszej kuracji. Od zabiegu do zdjęcia szwów minęło ok 1,5 tyg. Raz w listopadzie raz w styczniu. Ani razu nie było go przy mnie, mimo, że powiedziałam, że bardzo się boję i chciałabym żeby był przy mnie. Mieszka w sumie 2h komunikacją i 30 min autem ode mnie. zabiegi były wyznaczane miesiąc wcześniej.
Nie umiem być sama, bardzo potrzebuję jakiejś wspólnoty, intymnej relacji z drugim człowiekiem, ale w takich momentach czuję się koszmarnie. Samotna i opuszczona. Nie jestem słaba, na obu zabiegach byłam całkiem sama i mimo, że na pierwszym drżałam ze strachu to nie dałam po sobie poznać. Przeżyłam.
Jednak zastanawiam się czy ten związek ma sens. Nie zerwę, jak wspomniałam nie umiem być sama, ale to bardzo boli, bo staram się jak mogę, ale nic nie zdziałam bez drugiej osoby...
Cóż mam nadzieję, że przynajmniej moja niespodzianka na walentynko-rocznicę mu się spodoba. Być może to ostatnia nasza rocznica... Muszę to jeszcze głębiej przemyśleć. Dwa tygodnie na taką decyzję to za mało.

piątek, 1 lutego 2019

Przed studniówką

To był szalony tydzień. Naprawdę, zaliczyłam bardzo dużo kartkówek i sprawdzianów. Tylko z jednej kartkówki i dłuższej pracy pisemnej dostałam jedynki... Mimo to raczej żadna ocena na semestr nie będzie niższa niż 4.

Od dwóch dni chodzę ze stanem podgorączkowym. Nikomu o tym nie mówiłam. Stres i nauka w biegu wykańcza mnie. Często choruje, więc zwykły stan podgorączkowy i tak nie będzie żadnym usprawiedliwieniem, nawet jeżeli gorzej się czuję.

Boję się własnego chłopaka... Ale nie dlatego że zrobi mi krzywdę. Boję się, że coś na nim wymusze albo będę zbyt wścibska. Ostatnio wyrzucił mi, że go kontrolowałam. Dzisiaj był na próbie poloneza przed studniówką, w mojej szkole. Czuję się jakbym go do tego przymusiła. Szczególnie, że wgl nie okazywał entuzjazmu.
Pewnie jestem dla niego zbyt męcząca i ma mnie delikatnie dość.

Czuję się naprawdę zmęczona.